I chyba najważniejsze zdanie brzmi tam tak:
„Ostatnie lata w naszym kraju kompletnie zmarnowaliśmy.”
Niestety trudno się z tym nie zgodzić.
Na tym wykresie widać jedną z najważniejszych, a jednocześnie najsłabiej rozumianych rzeczy w transformacji energetycznej.
Przyszłość to nie tylko więcej wiatraków, fotowoltaiki, atomu czy magazynów energii.
Przyszłość to elektryfikacja.
Nieprzypadkowo Unia Europejska przygotowuje właśnie Electrification Action Plan, czyli plan przyspieszenia elektryfikacji transportu, ogrzewania, przemysłu i całej gospodarki. Bo sama produkcja czystego prądu nie wystarczy, jeśli większość energii nadal zużywamy przez bezpośrednie spalanie paliw.
Elektryfikacja oznacza przenoszenie kolejnych obszarów życia i gospodarki z benzyny, diesla, gazu i węgla na energię elektryczną.
Dlaczego to takie ważne?
Bo prąd pozwala robić te same rzeczy przy znacznie mniejszym zużyciu energii.
Pompa ciepła nie działa jak kocioł gazowy. Nie musi spalać paliwa, żeby wytworzyć ciepło. Ona głównie przenosi ciepło z otoczenia do budynku. Dlatego z 1 kWh prądu może dostarczyć kilka kWh ciepła.
Samochód elektryczny nie marnuje większości energii w postaci ciepła z silnika i spalin. Dlatego na przejechanie 100 km potrzebuje wielokrotnie mniej energii niż samochód spalinowy ukrytej w benzynie lub dieslu.
To nie jest detal techniczny. To jest cywilizacyjna różnica.
W Europie udział prądu w finalnym zużyciu energii to nadal tylko około 23%. W Polsce prawdopodobnie jeszcze mniej — około 16–18%, zależnie od metodologii liczenia.
Czyli większość naszej gospodarki nadal działa nie na prąd, ale na spalanie paliw.
I właśnie dlatego stracony czas jest tak kosztowny.
Bo przez lata mogliśmy szybciej rozwijać sieci, magazyny energii, pompy ciepła, transport elektryczny, taryfy dynamiczne, lokalną autokonsumpcję energii i rozwiązania, które zmniejszają zużycie paliw kopalnych.
Zamiast tego zbyt często broniliśmy starego systemu. Gaz jako „paliwo przejściowe”. Węgiel jako „bezpieczeństwo”. Samochody spalinowe jako „wolność”. Opóźnianie zmian jako „rozsądek”.
Tyle że rachunek za ten konserwatyzm energetyczny już płacimy.
• Płacimy go w imporcie paliw.
• Płacimy go w rachunkach.
• Płacimy go w smogu.
• Płacimy go w zależności od gazu, ropy i węgla.
• Płacimy go w tym, że inne kraje szybciej budują gospodarkę przyszłości.
Oczywiście elektryfikacja nie zadziała sama.
Jeżeli prąd będzie obciążony opłatami bardziej niż gaz i paliwa, ludzie nie będą masowo przechodzić na pompy ciepła i elektryki.
Jeżeli sieci nie będą modernizowane, tania energia z OZE będzie marnowana.
Jeżeli państwo będzie pisać strategie, ale nie będzie umiało ich wdrażać, to skończy się tak jak zwykle: dokumentem na półce i kolejnymi straconymi latami.
Ale kierunek jest jasny.
Nowoczesna gospodarka nie będzie polegała na tym, że coraz lepiej spalamy paliwa.
Będzie polegała na tym, że coraz mniej musimy spalać.
I dlatego elektryfikacja jest jednym z najważniejszych tematów następnych lat.
Bo tu nie chodzi tylko o klimat.
Chodzi o sprawność gospodarki, niższe zużycie energii, mniejszy import paliw, czystsze powietrze i większą niezależność.
A przede wszystkim o to, żebyśmy kolejnych lat już nie zmarnowali.
Grafika: International Energy Agency
Opracowanie: Jacek Werder